O panice moralnej, RP 4.0, liberałach, wąsaczach, postmoderniźmie, neuronowych korelatach świadomości i herbacie
RSS
wtorek, 23 października 2007
RP 4.0 Game Over

No i skończyła się kolejna Rzeczpospolita, a wielkie ufffffffff wydała z siebie cała Europa. Mało kto spodziewał się chyba, że kaczka tak boleśnie zaryje dziobem w urnę. Z trudem przechodzi mi to przez klawiaturę, ale rację miał Lepper mówiąc, że Kaczor się w końcu "zakiwa". Jako człowiek z gruntu złośliwy będę teraz z radością obserwował, jak Porażka i Samobójstwo trząść się będzie od wzajemnych oskarżeń wewnątrz a Kaczyński demaskował będzie kolejne szatańskie sPiSki na użytek zewnętrzny - co już zaczyna się dziać.

kaczki

czwartek, 18 października 2007
Spychizm, czyli RP 4.0 w USC

Wczoraj stałem się szczęśliwym posiadaczem nowego dowodu osobistego. Radosne to wydarzenie przyćmił nieco przykry fakt, że kiedy już ku drzwiom się kwapiłem, uprzejma pani znienacka wyciągnęła jakiś kulfoniasty formularz o nieco swojskiej nazwie NIP-3, informując, że w ciągu miesiąca muszę toto wypełnić i wysłać do skarbówki, a to dlatego, że wraz z nowym dowodem mam też nowy numer dowodu i Urząd Skarbowy musi o tym wiedzieć.

Cóż, jako nieasertywny safanduła z natury, podkuliłem ogon i wyszedłem z nowym dowodem i nieszczęsnym formularzem. Ale od czego mam bloga?

Był to typowy przykład tak zwanego (przeze mnie) spychizmu, który polega na tym, że formalności, jakie urząd mógłby załatwić sam, przerzuca (spycha) na petenta. Nie widzę żadnego powodu, dlaczego miła pani, która mnie obsługiwała nie mogłaby być jeszcze milsza i wysłać to cholerstwo za mnie. Oczywiście, w normalnym kraju wystarczyłoby kilka kliknięć w programie stanowiącym końcówkę systemu obiegu informacji między urzędami. W RP 4.0 muszę jednak to ja w tą operację zaangażować Pocztę Polską i kolejną dawkę gotówki po tym jak (a gdzie podziały się podatki?) musiałem zapłacić 30zł za obowiązek wymiany.

Istnieje też inna irytująca odmiana spychizmu, zwana repetytywizmem, polegająca na tym, że jakakolwiek sprawa wymaga wypełnienia co najmniej pięciu formularzy, na których trzeba podawać wciąż te same dane, jak personalia i adres. Jest to przykład spychizmu wewnątrzurzędowego. I o ile poprzednio opisaną praktykę, jako przykład spychizmu międzyurzędowego, można by jeszcze od biedy "usprawiedliwiać" odwiecznym polskim bałaganem i chronicznym dysfunkcjonalizmem jakichkolwiek systemów bardziej złożonych niż dolnopłuk, o tyle na repetytywizm nie widzę żadnego wytłumaczenia - jest to po prostu technika uzyskiwania przerw na malowanie paznokci przez urzędniczki.

Autorytarnie polecam
Czytając artykuł Janusza Reykowskiego trafiłem na wzmiankę o Bobie Altmeyerze i po jednym guglu mogłem już czytać jego opublikowaną w sieci książkę o "autorytarianach" - ludziach o osobowości autorytarnej. Coś takiego może pomóc w zrozumieniu nie tylko amerykańskiej sceny politycznej, do której nawiązuje autor.
Brzydkie słowo na L

Fatalna reputacja liberalizmu w Polsce jest dla mnie smutnym symptomem mizerii naszej - przepraszam za słowo - debaty publicznej. Propagandowa ofensywa wąsaczy - pod honorowym patronatem Pierwszego Liberałożercy Andrzeja Leppera - zmusiła nawet liberalną gospodarczo Platformę do traktowania słowa na L jak ubogiej ciotki, którą trzymamy na poddaszu i nie pokazujemy gościom.

Po prostu - słowo źle się kojarzy. Wiadomo - liberały-aferały. Liberalne prawo. Liberalne traktowanie skazanych itd. Dlaczego nikt nie ma odwagi przypomnieć etymologii i wyjaśnić, że liberał to przede wszystkim ktoś, kto afirmuje wolność - nie tylko gospodarczą? Nie musi przy tym być ani aferzystą, ani przeciwnikiem opieki socjalnej, ani zwolennikiem łagodnego traktowania przestępców.

Oczywiście można dyskutować nad zasadnością różnych aspektów liberalizmu - np. nad skutecznością i wpływem na rozwarstwienie majątkowe liberalnej gospodarki. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że powszechna w naszym niezbyt karnym przecież ludzie niechęć wobec swiatopoglądu ufundowanego na wolności jest trochę paradoksalna.

Trudno natomiast w Polsce dyskutować o liberaliźmie w sensie obyczajowym. Dla głównego nurtu naszej polityki temat - dajmy na to - jednopłciowych małżeństw, po prostu nie istnieje. Symptomatyczny jest tu ostatni unik Leszka Millera, kiedy w debacie z Giertychem padło pytanie o związki partnerskie osób tej samej płci.

Cienka zielona linia

Ta straszna Platforma nie tylko nadwyrężyła zdrowie nadpremiera zmuszając go do koalicji z ludźmi, za którymi - jak sam przyznał - krok w krok musiało chodzić CBA, ale w dodatku dybie na chorych - teraz chcą sprywatyzować szpitale! Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby okazało się, że posłowie PO wieczorami dla rozrywki potrącają lanciami staruszki na przejściach dla pieszych. I teraz - zamiast godzić się - jak przystało na "zwykłego Polaka" - z perspektywą solidarnego umierania na brudnych korytarzach państwowych szpitali ze słaniającymi się z przemęczenia lekarzami na trzech etatach, będziemy musieli być może - o zgrozo! - leczyć się w szpitalach prywatnych, gdzie może nawet nas wyleczą, ale krwi napsuje nam świadomość, że na naszej chorobie wzbogaci się jakiś kapitalista.

Hańba!